Ulissima

Ulissima

2015/10/22

CHUSTA

Chusta dla Uliny gotowa.




Jak wspominałam w poście o kocyku, moje umiejętności w temacie szydełkowania są bardzo ubogie. Mimo to udało mi się spełnić plan i zrobiłam dla Uli chustę.


Nie potrafię jeszcze zrobić chusty trójkatnej, więc zrobiłam duży kwadrat i po skończeniu złożyłam w poprzek na pół. Doszyłam kupione kuleczki i gotowe. Podwójna robota, niestety, na szczęście efekt jest zadowalający, i to bardzo.


Obecnie w planach jest szal dla mnie. Ale czy to będzie zwykły otulacz, czy komin czy baktus - wyjdzie w dzierganiu.

2015/10/05

JESIEŃ

Słoneczna, pachnąca, ciepła, kolorowa, bajkowa...






2015/09/29

CIEPŁE SZAROŚCI

Szydełko pierwszy i ostatni raz miałam w ręce w podstawówce. Umiałam zrobić łańcuszek i na tym się skończyło.


Teraz okazało się, że łącząc łańcuszek z łańcuszkiem i setką innych łańcuszków można zrobić coś fajnego.
Przed laty (a ta wsponiana podstawówka była dość dawno) rękodzieło nie było tak popularne jak teraz. Internet wkraczał pomału w nasze życie a wraz z nim inspiracje i wariacje, które możemy podglądać u innych. 




Szydełkowe prace kojarzyły mi się zawsze z babcinym naznaczeniem z całym szacunkiem dla wykonujacych tę misterną robotę. Więc teraz albo się starzeję już na dobre, albo odkryłam kolejną twarz "hendmejdu".
Zrobiłam dla Uli koc. Bardzo ciepły, na jesienne chłody.




Teraz w planach jest jesienna chusta - mam nadzieje, że zdążę przed srogą zimą.






2015/09/10

TAŃCE, HULANKI, DYSCYPLINA

- Raz, dwa, trzy, cztery i obrót. I raz, dwa, trzy, cztery. Słuchajcie, dlaczego wasze ręce są takie sflaczałe? Pyta intruktorka tańca swoich kursantów. Mają około 7 lat.




- Teraz z muzyką. I raz, dwa, trzy, cztery. Bartkek bardzo dobrze, ale idź do przodu a nie w miejscu. I z muzyką. I raz....
Grupa jest zróżnicowana i wzorstowo i pod kątem zaangażowania. Na dziewięć dziewczynek jest dwóch chłopców. Przepraszam, trzech. Jednego z nich nie zauważyłam. - O ten chłopiec nie ma bucików - mówi Ula. Rzeczywiście, jeden nie miał specjalnych butów do tańca, ala lakierki na lekkim podwyższeniu. Chyba zapomniał bo co chwila wychylał się na korytarz i coś o butach pod nosem mruczał. Ale i w samych skarpetach sobie radził, mimo że parkiet był bardzo śliski. Dziewczynki za to wszystkie miały taneczne obuwie (do kupienia w szkole tańca rzecz jasna). Swoją drogą zawsze mi się takie buty podobały. Od razu chciałoby się tańczyć, mimo że moja przygoda z tańcem towarzyskim zaczęła się i skończyła na latino solo przed czterema laty. Solo, czyli niezbyt towarzyskia chyba jestem :-) Ale wracając do dzieci - chłopcy buty mieli oczywście czarne, dziewczynki beżowe. Innej wersji kolorystycznej nie ma. Wśród małych tancerzy wyróżniały się dwie panny - nie dość że "tanecznie" ubrane i uczesane, w spódniczkach z dodatkiem cekinków i wysokich upięciach włosów, to widać było że do treningów się przykładają. Nawet, gdy instruktorka zarządziła ćwiczenie po kolei w parach - no bo za mało chłopaków  - to gdy wybrańcy powtarzali krok w duecie w rytm "raz, dwa, trzy i cztery" dziewczynki powtarzały układ solo, a mniej zaangażowana część płci żeńskiej siedziała po kącikach.
Podczas salsy 7-latków moja trzylatka tańczyła w korytarzu. Tak jak ona lubi najbardziej, czyli skoki i w kółko obroty. Chciała dołaczyć do grupy, ale bałam się by nie dotknęła nawet parkietu z obawy przed spojrzeniem intruktorki, że nie-uczestnik wkracza na parkiet. Uli na początku trudno było zrozumieć, że nie może dołączyć do dzieci. Bo do studia tańca poszłyśmy, ponieważ chciałabym zapisać Ulę na jakieś regularne zajęcia ruchowe. Nie chodzi do przedszkola a zależy mi, by kontakt z dziećmi utrzymywała i uczyła się funkcjonowania w grupie. W miejscu, w którym byłyśmy zajęcia dla maluchów są - w środę pójdziemy po raz pierwszy i zobaczymy. Ursa już w drodze powrotnej wymachiwała ręką w górę jak dzieciaki na zajęciach, tzn. w wersji autorskiej :-) I raz, i dwa, i trzy, i cztery...
Jeśli któraś z mam ma doświadczenia taneczne, zapraszam do podzielenia się opiniami.


2015/09/03

BIEDA

- Drodzy Państwo brakuje mi 5 złotych, by wyjść ze sklepu z tymi zakupami. Poratują Państwo?


Tymi słowami, łamiącym się głosem, zaczepiła nas kobieta w markecie. Rzucam kątem oka na jej koszyk i widzę tam lawendowy papier toaletowy, obok jakieś parówki i chyba margarynę. Nie gapię się, bo jakś mi głupio ale widzę, że całe dno metalowego koszyka na kółkach, tego dużego, jest zakryte. Czyli zakupów jest sporo. Na dodatek papier toaletowy nie szary, nie biały, tylko fioletowy. Jakoś odruchowo sięgam po portfel, bo nie wiem jak odmówić tej mówiącej płaczliwym głosem kobiecie. Poza tym niedawno na ulicy również zaczepiła mnie pani prosząc o parę złotych i jej nie dałam i teraz było mi głupio i chciałam chyba odkupić winy za tę pierwszą panią, więc prawie wyjęłam pieniądze. Na szczęście mój mąż wykazał się czujnością umysłu i z męskim opanowaniem stwiedził " pięć złotych to za dużo". Dałam złotówkę. Klientka tak samo płaczącym głosem podziękowała a ja gapiłam się na ten jej fioletowy papier w rolkach.
- Widziałaś co miała w koszyku?! Coca-colę w puszce. To już przesada - stwierdził oburzony mąż.
- Nie zwróciłam uwagi, widziałam tylko lawendowy papier toaletowy.

2015/09/01

A CZEGO NIE UMIE TWOJE DZIECKO?

Przeczytałam ostatnio w internecie coś na temat rozwoju trzylatka, a konkretnie tego co dziecko w tym wieku powinno umieć. Po drugim punkcie wyłączyłam.



 Punkt pierwszy mówił o tym, że trzylatek powinien sprawnie posługiwać się nożyczkami. Przepraszam, kto daje do zabawy dziecku nożyczki? Ja na to nie wpadłam, taka jestem niedzisiejsza. No więc pędzę do pracowni, daję córce nożyczki i liczę, że zacznie wycinać nimi esy floresy. No jakoś nie wycięła fikuśnych wzorów, ale nowy przedmiot - wcześniej dostępny tylko dla dorosłych - zafascynował ją i chętnie próbowała ciachnąć kartkę. Było to urocze jak się stara i jak bardzo cieszy ją efekt w postaci przecięcia białego papieru.
Przy drugim punkcie zrobiło mi się trochę przykro, bo dotyczył rysunków. Podobno trzylatek powinien rysować głowonogi, czyli postaci które mają głowę, a od niej odchodzą ręce i nogi - postać nie ma tułowia. Ja jako dziecko uwielbiałam rysować, kolorować, malować. Ula, niekoniecznie. Nie dość, że specjalnie jej to nie ciągnie, to jeszcze jej malunki zaczynają się i końcą na kolorowej plamie. Kolorowanki? Niezbyt. Pokoloruje jeden element i uznaje, że kolorwanka skończona. Myślę sobie: jak głowonogi mają zdefiniować rozwój mojego wspaniałego, elokwentnego delikatnie mówiąc, rezolutnego, błyskotliwego - nie oszukujmy się - genialnego dziecka?! To, że ja lubiłam rysować, nie znaczy, że córka musi i tyle. A tak swoją drogą nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narysowała jakiegoś głowonoga. Przysięgam.
No i kilka dni temu nastąpił przełom. Idziemy na zakupy piaszczystą drogą, Ula podnosi patyczek i zaczyna zamaszyście kreślić nim na piachu rysunek. W życiu nie widziałam u niej tak pełnych i pewnych ruchów z narzędziem pisarskim! No i stoimy na tym piachu, na brudnym parkingu między blokami, a ona sobie rysuje i kreśli jakieś znaki! Wśród nich zauważyłam nawet piękne drzewo, o którym powiedziała, że to "granica drzew" (!). W drodze powrotnej wpałyśmy do pepco po kredę. I rysuje nią, bazgrze, kreśli, pisze, naznacza, faluje, maluje. Alleluja! I nie jakieś tam głowonogi tylko głębokie, wieloplanowe abstrakcje. A że z chodnika i kredy przeniosła się w chwili mojej nieuwagi na pisak i ścianę, to już inna sprawa.



2015/08/05

BAJKA O PSZCZOŁACH

A właściwie nie bajka, bo to samo życie.


Czy wspominałam, że panicznie boję się pszczół? Nie tylko ich - os, szerszeni, trzmieli wszelkich i wszystkiego co ma czarno-żółte pasy i brzęczy. Gdy są w moim pobliżu czuję parliżujący lęk, objawiający się tym że drętwieje mi kark i robi się momentalnie lodowaty.

Tak, mam pasiekę! Chociaż właściwie mogłabym powiedzieć, że ma ją mój mąż, bo to on zajmuje się pszczołami od samego początku. Ja zajmuję się miodem i wszystkim, co z nim związane po wyjęciu z ula.
Pszczoły są w naszy życiu tak niedługo a mamy wrażenie, że nasza pasieka ma już kilka dobrych lat - tyle przez ten okres się wydarzyło.

PASIEKA NR 1
Ale od początku. Michał pojechał po pszczoły wiosną, o ile dobrze pamiętam było to w okolicy Wielkiej Nocy. Tuż przed lub tuż po. Tak, pojechał po nie samochodem, naszą osobówką, która ma funkcje o które producent tego auta nawet by go nie podejrzewał. Po pszczoły pojechał w województwo białostockie. Za daleko było by brać mnie i Ulę (nomen omen - gdy nadawaliśmy imię naszemu dziecku nie wiedzieliśmy, że założymy pasiekę - ot taki losowy przypadek :-) a dokładając do tego mój strach, uznaliśmy że pojedzie sam. Ja nie mogłam sobie wyobrazić nawet, że jadę przez pół Polski autem z kilkoma rojami pszczół obok!
- Przecież one będą w transportówkach, pocztą się takie rzeczy wysyła! - mówił mój mąż, kręcąc z politowaniem głową przed wyjazdem. A po przyjeździe opowiadał, jak to w drodze w aucie pojawiła się jedna pszczółka,  potem druga i piąta - co oznaczało tylko jedno: jeden z uli się rozszczelnił (lub pszczoły wygryzły dziurkę) i facet jedzie zamknięty w aucie z latającymi mu dookoła pszczołami, w akompaniamencie brzęczenia całej reszty pszczelich rodzin (nie lubią jak je coś buja). A zatrzymać się nie było gdzie akurat... Wrócił cały, zdrowy, bez użądleń chyba nawet. Zawiózł pszczoły na pasiekę i padł - w sensie takim, że ze zmęczenia.

WIOSNA, PRZYGOTOWANIA

Nasza pasieka, dzięki uprzejmości Lasów Państwowych,  stacjonuje w lesie na terenie obszaru NATURA 2000 objętego całkwitą ochroną. Z racji tego, że jest w sercu lasu otrzymała nazwę "Leśny Bursztyn" i tak właśnie firmujemy nasze miody.

PASIEKA NR 1

Co było dalej? Nasze pszczółki nie garnęły się od razu do roboty, bo przyjechały  z rejonu zimniejszego i podczas, gdy lokalne robotnice były już po pierwszych oblotach i zabierały się do zbiorów, nasze dopiero te obloty robiły. Potem stwierdziły, że w ulu im za ciasno/za duszno postanawiały się wyroić, czyli obrazowo mówiąc wyskoczyć z ula na okoliczne drzewo. Kilka rodzinek uciekło nieodwracalnie. To wszystko jest w granicach normy, takie rzeczy dzieją się na pasiekach i tylko doświadczenie i przygotowanie pszczelarza do sezonu pozwoli nie stracić mu głowy.

RÓJKA NA DRZEWIE

RÓJKA ZŁAPANA DO ULA
Mimo wszystkich przygód po drodze udało się nam zrobić już dwa miodobrania. Odebralśmy miód wiosenny oraz akacjowy. Miodobranie to na każdej pasiece wielkie święto, takie pszczelarskie żniwa. A zważywszy na to, że premierowe odbieranie miodu było tak naprawdę eksperymentem opartym na wiedzy książkowej i internetowej a nie na doświadczeniu, na dodatek z udziałem naszej antycznej wirówki, to było to u nas święto nad świętami. Wtedy też narodziła się tradycja kończenia miodobrania rodzinnym jedzeniem pizzy (takiej z pizzerii, a to u nas naprawdę rzadkość!). Pierwsze miodobranie trwało z tego co pamiętam 2,5 dnia, drugie chyba tylko 1,5 dnia. W praktyce wygląda to tak, że Michał jedzie na pasiekę, wyjmuje ramki gotowe do odwirowania i przywozi do domu. Tu czekam ja i Ula i zabieramy się za odsklepianie ramek, potem są wirowane. Miód ląduje do wiaderek, następnie do słoików.




Obecnie mamy już pasieki w dwóch miejscach. Przed nami jeszcze jedno miodobranie. Ale to nie koniec. Zimą czeka nas robienie kolejnych korpusów i ramek bo chcemy się rozwijać. Masa pracy. To wszystko zdjęcia naszej pasieki praktycznie od początku do dziś.

Na koniec anegdota, kiedy to kurier przywiózł matki pszczele w kopercie (tak, tak - zamawia się je i są przesyłane pocztą/kurierem!). A więc za oknem pogoda podobna jak teraz. Kurier wręcza mi kopertę i ucieka. Na niej napis "UWAGA PSZCZOŁY". Koperta brzęczy, odkładam w kuchni i oddalam się na bezpieczną odległość. Kark już mi sztywnieje  i jakoś dziwnie nie mogę ruszyć ramieniem. Wpada mój mąż, widzi przesyłkę i mówi: 
- Rozpakuj je i daj im pić.
- ?!?!?!?!?!?!?!?!

Królowe nie są wysyłane tak sobie wrzucone do koperty. Są w specjalnych klateczkach transportowych jakby kto pytał :-) no i zgodnie z prawem pszczoły to nie owady, a zwierzęta. Hodowlane na dodatek.

Zapraszam do polubienia naszej storny na FB: Pasieka "Leśny Bursztyn"



SMACZNEGO!

PASIEKA NR 2


2015/08/03

BRRR ALE ZIMNO!

Dziś pomysł na zabawę z dzieckiem podczas upału czyli krótka lekcja fizyki w terenie.

 

1. Po pierwsze: zjedz jogurt :-) A najlepiej kilka! Potem umyj pudełeczka.

2. Wyszukaj wśród dziecięcych szpargałów drobnych skarbów, które zmieszczą się do pojemniczka. Ja użyłam zabawek z kinder niespodzianki o ile dobrze pamiętam i muszelek, ale mogą to być nawet zwykłe kolorowe zakrętki od butelek.



3. Nalej do pojemniczków wody, wrzuć do nich zabawki i wstaw do zamrażarki, by woda zamarzła i ukryła skarby w lodowcu... Możesz to zrobić razem z  dzieckiem, by od "a do zet" uczestniczyło w eksperymencie ale możesz też zrobić to samemu i mieć mały lodowiec ukryty w lodówce i zaprosić dziecko do zabawy na następny etapie.



4. Wyjmij zamarznięte pojemniki z lodówki, wyjdź na dwór (ogród, balkon, działka, podwórko cokolwiek). I obserwujcie co się będzie działo z soplem. Oczywiście, Ty droga Mamo, wiesz ale dziecko będzie zachwycone tym co zaobserwuje.



W naszym przypadku część elementów wystawała z lodu (woda wypierała je od początku ) i Ulka podejrzewała co tam jest. No ale dostać się do tego nie mogła. Musiała czekać i obserwować. I co chwila brała do ręki pudełko. Pierwsza radość była, gdy lód wyślizgnął się z pojemnika i ogrzewała lodową babkę w dłoniach. Potem, gdy lodowiec skraplał się coraz bardziej, aż do momentu gdy mogła wyjąć zabawkę z zamarznietej wody nie czekając na całkowite rozmrożenie się lodu.




W upale cała zabawa trwa około 15 minut ( w zależności od wielkości pudełek, w których zamrozicie wodę :) ). Przy okazji lejący się z nieba żar łagodzony jest lodowatą zabawką. A doznania dziecka, wynikajace z tej lekcji fizyki są bezcenne. 
POWODZENIA!


2015/07/29

TYPOWA MATKA. CZYLI JAKA?

Nie jestem typową mamą "siedzącą" z dzieckiem w domu i spędzającą całe dnie na placu zabaw. Nie jestem mamą chodzącą na osiem godzin do pracy, by przyjść do domu i móc oddać się zabawom z córką. Jaką więc jestem mamą?




Myślę, że taką na miarę naszych czasów.
Rozmawiam z koleżankami - mamami, które po urodzeniu i odchowaniu dzieci wróciły do pracy. "Ty to jesteś w domu, to masz zupełnie inaczej" - słyszę. I dziwnie się czuję. 
Siedzę na placu zabaw i słucham jak wygląda dzień otaczających mnie w danym momencie mam. "Po śniadaniu nastawiamy pranie, potem obiad trzeba przyszykować". I znów czuję się nieswojo. Bo ani do pracy regularnie nie chodzę, ani regularnie nie "siedzę" z dzieckiem w domu dumając nad pierdołami. I bardzo dziwnie swędzi mnie w brzuchu, gdy moja ukochana pomocnica - lat prawie trzy - na placu zabaw gotuje zupę z piasku w różowym garnuszku pożyczonym od koleżanki, i mówi że to obiad już na jutro. I gdy widzę, że opiekunki innych dzieci potraktowały to jako dowcip.
A u nas tak jest. Mąż - pszczelarz stwierdził niedawno że hodowla pszczół to jest to, co zawsze chciał robić w życiu. I robi, z tym że wcześniej założyliśmy firmę produkcyjną (wyroby artystyczne, czyli coś co ja chciałam zawsze robić hahaha ale o tym następnym razem) i obecnie pozbywamy się jej asortymentu. Przepraszam, ja się pozbywam wyprzedając wszystko na allegro. W tygodniu gotuję więc wspomniany obiad z wyprzedzeniem półdniowym. Nie mogę robić go do południa, bo od rana mam w domu zajęcie, które zapewnia nam przetrwanie. Czyli pracuję. Co wymaga ode mnie skupienia, zaangażowania, uporządkowania. A cała reszta prac domowych jest przy okazji chciałoby się rzecz. Ale nie jest, bo cała reszta domowych zajęć jest rozpraszaczami, które sprawiają że ani nie jestem 100% super mamą w danym momencie ani pracownikiem.
Czy źle mi w mojej obecnej sytuacji? Otóż absolutnie nie :-) Tylko czasem czuję się po prostu dziwne, że nie mogę się nigdzie przypasować w 100%, bo jednak człowiek jest zwierzęciem stadnym. Jeśli więc czytają mnie mamy w takiej podwójnej roli jak ja, łapki w górę!
Znam kilka przedstawicielek grupy mam, które otwarcie przyznają - choć to w dzisiejszych czasach bardzo niepopularne - że wychodząc do pracy odpoczywają od domu i dzieci oraz mamy, które po "macierzyńskim" wracają lada dzień do pracy i nie mogą się tego doczekać! Oczywiście są i takie, którym praca do której wróciły nie pozwala spędzać z dziećmi tyle czasu ile by chciały.
A jak jest z Wami? Jestem strasznie ciekawa.

2015/07/21

MOJA ULISSIMA

WWW.MARWOC.PL

Sezon ślubny w pełni, dlatego chętnie pochwalę się kolczykami, w których wystąpiłam na mojej życiowej premierze przed  trzema laty. Kolczyki oczywiście mojego autorstwa.


I choć po moim ostatnim tekście o kolczykach mam pewne obawy co do poruszania tego tematu - zaryzykuję :-)

Gdy planowałam ślub od razu wiedziałam, że biżuterię zrobię sama. Najważniejszą częścią miał być naszyjnik. Pomysłu jednak nie miałam, zrobiłam więc komplet skromny, klasyczny, biały z masą perłową. Miał pasować do sukienki typu hiszpanka. Jak to jednak z kobietami i ślubami bywa  - przygotowania trwają tak wiele miesięcy, że kobieta zdąży po drodze zmienić sukienkę ślubną. Tak też było ze mną. Niestety, okazało się że do nowej kiecki zrobiony sutaszowy komplet nie pasuje. I na prędce trzeba było zrobić coś nowego.
Zaczęłam od kolczyków. I tak szyłam, szyłam, szyłam aż okazało się że są dość widowiskowe. Bałam się nawet, że za bardzo i mało brakowało a bym w nich na ślub nie poszła bo "zbyt rzucają się w oczy". Na szczęście byłam na tyle przytomna, by nie rezygnować z pomysłu założenia ich :-) Niestety naszyjnika nie zdążyłam zrobić w te kilka tygodni i mocno zastanawiałam się, czy jego brak nie spowoduje, że kreacja będzie niedopracowana. Nic bardziej mylnego. Uważam że to był strzał w dziesiątkę, naszyjnik i kolczyki byłoby to zdecydowanie za dużo.




Oto mój komlet Ulissima w całej okazałości. Połączenie koloru białego i pudrowego różu jest obłędne w kreacjach ślubnych - niby nic takiego a sprawia, że całość nie jest mdła.
Materiały: sutasz i szklane koraliki.

WWW.MARWOC.PL





Storczykowy bukiet ślubny dopasowany był kolorystycznie do kolczyków. Wśród białych kwiatków widniał jeden różowy. Różowa wstążeczka zdobiła też sukienkę. I jak trafnie wywróżyło kilkoro gości była oznaką tego, że urodzę dziewczynkę :-) Więc uważajcie Dziewczyny co zakładacie na ślub!
Gdybyście miały wątpliwości czy wiązanka ma być z kwiatów prawdziwych czy nie, odsyłam do poprzedniego wpisu (KLIK).

2015/07/17

TRENDY I ICH EKONOMICZNE BŁĘDY

Kwiaty. Piękne, eleganckie, nieskończenie różnorodne, ponadczasowe. Czy na pewno? O tym, że przyszedł czas na koniec nieskończoności opowiedziała mi pewna kwiaciarka. Posłuchajcie jej opowieści (tzn. przeczytajcie rzecz jasna).


FOT. INTERNET


- Dziś w kwiaciarni musi być wszystko. Upominki takie jak świece, ramki na zdjęcia, wazony, kartki z życzeniami, śmieszne kubki. Bo kwiaty to w kwiaciarni już się tak nie sprzedają. Weźmy takie imieniny. Andrzeja, Anny, Krystyny. Kiedyś to były imieniny! Chodziło się w gości, z kwiatami obowiązkowo. Dziś te imiona nie są takie popularne a i pokolenie takie imiona noszące już tak nie biesiaduje. A młodzi to imienin w ten sposób nie obchodzą, na pewno nie z kwiatami. Kwiatek to młodzi kupują na Dzień Matki i zakończenie roku szkolnego, ale to raczej symbolicznie, po różyczce. Jeśli zdecydują się na większy bukiet to jest on wspólny od całej klasy więc na jedno wychodzi. Aha, i w Dzień Kobiet mamy spory ruch. 
Śluby? Z roku na rok pogłębia się trend, że Państwo Młodzi nie chcą od gości kwiatów, zamieniając to na inne, bardziej praktyczne rzeczy. Bo kwiaty i tak zwiędną, to prawda. Zostaje jedynie wiązanka Panny Młodej a i ta zdarza się z materiałów innych niż prawdziwe kwiaty.
 - No a pogrzeby? - wtrącam nieśmiało. 
- Ależ. Coraz więcej pochówków odbywa się w kolumbariach, gdzie chowane są prochy. Płyta nagrobna jest maleńka, ledwo jest gdzie postawić kilka zniczy. Wiązanki są zamawiane, ale też w mniejszych rozmiarach. Dlatego znicze też mamy w sprzedaży. 

Nigdy nie patrzyłam w ten sposób na zmieniające się zwyczaje. A Wy?

2015/07/14

TAKA DUŻA I BEZ KOLCZYKÓW?

Są bardzo małe i błyszczące a potrafią wywołać masę kontrowersji. Mój stosunek do kolczyków u dzieci jest obojętny. A raczej był do czasu, gdy moją córkę zapytano:


- Kiedy mama przebije ci uszy i będziesz miała ładne kolczyki jak koleżanka? 

Gdyby to pytanie skierowano do mnie, nie byłoby wielkiego "halo". Ale zapytano dwuipółletnie dziecko, sugerując, że kolczyki to coś dobrego w przeciwieństwie do ich braku.
Nie mam nic przeciwko mamom, które przekłuwają uszy swoim córkom. Sama kupowałam w prezencie z okazji chrztu kolczyki a 
moja Ula, mimo że nie ma dziurek w uszach, kolczyki na chrzciny również dostała, podobnie jak medalik czy złoty łańcuszek ale nie paraduje przecież po dzielnicy uzbrojona w biżuterię po - nomen omen - uszy.
Gdy urodziłam córkę myślałam o kolczykach dla niej i o tym, by miała je już w dzieciństwie. Tymczasem moja Ursa o kolczykach nie myślała jak podejrzewam, bo w niemowlęctwie i wczesnym dzieciństwie nie robiła nic innego jak tylko płakała. Przysięgam. Praktycznie bez przerwy. Z tego powodu często odwiedzała lekarzy, miała robione badania, a przy okazji przechodziła ogromny stres. Nie chciałam dodawać jej kolejnego powodu do płaczu i nerwów, związnego z wizytą u kosmetyczki, choćby nie wiem jak delikatnej. Gdy więc miała te parę miesięcy przesunęłam w planach wizytę w gabinecie "na później". Przypomniało mi się o tym w okolicy roczku, chciałam zrobić jej taki właśnie prezent. Miałam nawet salon z polecenia. Ale jak zrobić kolczyki dziecku, które nie akceptuje na włosach spineczki, kitki, ściąga skarpetkę, o czapce nie wspominając (bo niewygodne, przeszkadza), poznaje własne ciało dotykając się wszędzie nie do końca skoordynowanymi jeszcze ruchami i na 100 % złapie również za kolczyk? Na dodatek na kilka opinii mam, które córeczkom przebiły uszy i zapewniały, że nie ma powikłań była jedna, której córce po takim zabiegu długo nie goiło się ucho i ostatecznie dziewczynka kolczykow nie nosi. I ta jedna opinia wystarczyła, by moja ostrożność osiągnęła level hard.
Kolczyki są w naszej kulturze powszechnie akceptowalną formą zdobienia ciała, ale jak widzę w wózku-gondoli maluszka z kolczykami w wersji mini a jednak na tym małym ciałku wyglądajacymi na naprawdę duże, czuję jakiś niesmak.
Tak więc Ula kolczyków nie ma a ta zaplanowana "na kiedyś" wizyta jeszcze przed nami. Ula mówi, że jak będzie dorosła to też będzie nosiła kolczyki, jak mama. Do tej dorosłości ma jeszcze trochę czasu.




2015/07/13

CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO



Co mieliście dziś na śniadanie? Chrupiący chlebek, który czuć że się go porządnie gryzie, czy gąbkę uginającą się pod ciężarem położonych na kanapce dodatków?

O chlebie napisano chyba już wszystko. To przecież podstawa. Ale ja się od dłuższego czasu zastanawiałam, co mają wspólnego z chlebem produkty sprzedawane w mniejszych i większych sklepach. Zapakowane w worek, które przez cały czas swojego istnienia nie doświadczyły czegoś takiego jak chrupiąca skórka! No sorry, te chleby z marketów powinny mieć nazwę "wyrób chlebopodobny". Nie oszukujmy się, wiem jak smakuje "chleb" z marketu bo zdarzało mi się podać go rodzinie na kolację (o zgrozo!). Od dłuższego czasu gdy byłam zmuszona już kupić chleb w takim miejscu wybierałam ten nie krojony i nie pakowany w worek, ponoć pieczony na miejscu. 
W końcu powiedziałam: stop. I postanowiłam upiec chleb sama. Jak się okazało w internecie są setki przepisów, dlatego nawet nie podaję linka do konkretnego z nich. Do mojego pszennego domowego pieczywa nawrzucałam co się dało (zresztą w przepisie, z którego korzystałam była właśnie opcja urozmaicenia bochenka czym popadnie). Wrażenia kulinarne? Czuć że coś jesz. Serio. 
Chrupie, słonecznik i orzechy miło się rozgryza, a do tego jesz w aromacie pieczywa, który unosi się w domu długo po tym, jak chleb się upiecze. Zresztą upiec go naprawdę nie jest trudno! Domowy chleb jest bardzo syty i nie zostały nam póki co żadne jego resztki! 
Co byłoby gdyby jednak zostały? Nic straszego, bo wykorzystuję kilkudniowe kromki do różnych celów: kawałki chleba namoczone w mleku dodaję do klopsów (nie pytaj dlaczego się moczy w mleku, bo nie wiem. Od zawsze tak się robiło, więc przejęłam ten sposób. Prawdopodobnie chodzi o to, by kromka zmiękła). Gdy akurat ich nie robię, trę po prostu zeschnięte kawałki (zostawiam specjalnie do wyschnięcia) na domowa bułkę tartą. No i wykorzystuję go jako tajną broń, gdy idziemy z Ulką na plac zabaw, a raczej gdy chcemy z niego wyjść (czyt. kiedy ja chcę z niego wyjść)! Plac jest w środku dużego parku i tuż za jego bramką zbiera się zazwyczaj grupka gołąbków (wielbicieli wszelkich trunków niestety również - jak to w parku). Gdy więc czas kończyć zabawę mówię córce, że teraz trzeba nakarmić gołąbki i  temu właśnie służy zabrany z domu chlebek :-) Głodne nie są też pływające niedaleko naszego domu kaczki. Pewnie lada dzień i one poczują nową jakość.
Chętnie poznam Wasze sposoby na niemarnowanie chleba i dodatkowe jego wykorzystanie!

2015/06/24

ODPOCZYNEK


Dzisiejsza przerwa w miodobraniu - a właściwie w oczekiwaniu aż tata przywiezie ciężkie od miodu ramki z uli. Trochę mało mamy miejsca w domu na fotel bujany więc stoi sobie na podwórku i służy letnim przewrom w szeroko pojętej pracy.

2015/06/06

CZARNO-KREMOWO-MIODOWE KOLCZYKI SUTASZ. MOJE!!!!!



Przysłowiowy szewc bez butów już nie chodzi! Moje piękne nowe kolczyki z sutaszu. Kolory: kremowy, miodowy i czarny doskonale współgrają z czarnymi koralikami w różnych rozmiarach i miodową łezką. Kolczyki dość widowiskowe, ale latem wszystko jest przecież dozwolone! Nowa biżuteria najlepiej wygląda do prostego stroju, w moim wypadku biały t-shirt i dżinsy. Swoją drogą nie pamiętam kiedy nosiłam ostatnio białą, prostą koszulkę - chyba w liceum na wuefie!



2015/05/29

SKĄD SIĘ WZIĘŁA ULA?

Wiele osób się nad tym zastanawia, ze mną na czele.


Pojęcia nie mam. Ale gdy okazało się, że będę miała córkę od razu wiadomo było, że będzie miała na imię Urszula. Po kilku miesiącach od Uli narodzin, po długiej przerwie sięgnęłam po książkę, którą uważam za genialną a mianowicie "Sto lat samotności". I tam była ONA. Matka rodu. Stateczna, zaradna, ciepła, mądra, rozważna i oczywiście romantyczna. Wzorowa gospodyni i matka. Urszula właśnie. I chyba taki wzorzec moja podświadomość wybrała dla mojej córki.

Jaka będzie moja Ursa, tego nie wiem. Wiem za to, że można zakochać się w niej do szaleństwa, do utraty zmysłów, do nieprzytomności z dnia na dzień pogłębiając ten stan.  Przyglądać się jak śpi i pilnować, by żadna mara nie zakłóciła jej baśniowych snów. Gapić się ukratkiem jak zjada ugotowany przeze mnie zwykły obiad jakby to był najlepiej smakujący posiłek na całej kuli ziemskiej (w sumie rzadko to widzę, może dlatego tak mnie cieszy bo moje dziecię to raczej niejadek). Jak idzie do taty i mówi: "chcę z tobą porozmawiać" i zastanawiać się skąd 2,5 letnie dziecko zna takie zwroty. I mimo że kilkadziesiąt razy dziennie jest w stanie zadać mi pytanie "czemu?", nie wiem czy jakikolwiek sens miałoby moje  życia bez niej.

Dziś były Uli imieniny. Zastanawiam się, co się jej w tej chwili śni - czy lekki jak piórko malinowy tort, czy kolorowe baloniki, czy spotkany na ulicy piesek, czy bułka maślana kupiona podczas zakupów, czy pociąg który nie jechał bo otwarty był szlaban, czy autobus, którym wczoraj podróżowałyśmy po wertepach, czy wielki balon którym wznosi się do chmur. Bo przed snem wyznała, że chciałaby polecieć balonem "takim co ma skrzydła i jest w nim pan maszynista". 
- Uluś, ale balon nie ma skrzydeł - mówię. 
- Czemu? 


2015/05/18

TURKUSOWE JAGODY



Gdy usłyszałam, by kolczyki były czarno-turkusowe, pomyślałam "nie, nie, nie. za duży kontrast". Jaka byłam głupia! Okazało się, że to jedno z piękniejszych kolorystycznych połączeń!